aktualności

01.09.2015

Udostępniono interaktywne demo systemu Concordia. Więcej szczegółów na: link.

03.06.2015

Kolejny wpis w dziale "czas wolny".

10.05.2015

Nowy wpis w dziale "czas wolny".

28.04.2015

Opublikowano pierwszą wersję programu Concordia.

24.04.2015

Dodano angielską wersję strony.

21.04.2015

Zmiana zdjęcia.

07.11.2013

Dodanie działu "listy od studentów" w "czas wolny".

04.10.2013

Aktualizacja strony na semestr zimowy 2013/2014.

29.03.2011

Aktualizacja strony i dodanie działu Publikacje.

02.10.2009

Aktualizacja strony na semestr zimowy 2010/2011.

25.09.2009

Premiera strony.

dodatkowe linki

System EduWiki

kontakt

dr Rafał Jaworski,
rjawor at amu.edu.pl

Sztuka latania

I

Gdzieś daleko na Pacyfiku leżała wyspa. Nikt nie nadał jej nazwy, ale ponieważ mieściła się na niej baza wojskowa KR-T, wkrótce cała wyspa otrzymała to miano. Była ona dość rozległa, jak się okazało miejsca bez trudu wystarczyło na osiedlenie rodzin żołnierzy z KR-T. Na przestrzeni lat, KR-T wykształciła swoją własną infrastrukturę, sieć zaopatrzenia, a nawet rozwinęła się na niej kultura i rozrywka. Poziom życia nie odbiegał w żadnym stopniu od warunków, jakie panowały w reszcie świata, przeciwnie – mieszkańcom KR-T można było zazdrościć. Była to głównie zasługa bazy wojskowej, której wkład w życie wyspy nie ograniczył się bynajmniej do użyczenia jej nazwy.

Najstarsi mieszkańcy KR-T twierdzą, że Baza (bo tak, zwykle z namaszczeniem, mówiło się o bazie wojskowej) była kiedyś zwykłą amerykańską jednostką wojskową, która dopiero później została przekształcona w bardzo nowoczesną, doskonale spełniającą swoje zadania fortecą, jaką jest dziś. Inni donoszą, że zbudowali ją pierwsi osiedleńcy (czczeni przez dzisiejszych jak Święci). Nie ma jednak wątpliwości, czym była Baza dla współczesnych mieszkańców KR-T. Oprócz swoich zadań obronnych (wyspa była ustawicznie atakowana przez amatorów jej bogactw), Baza spełniała wszystkie obowiązki związane z władzą. W jej rękach (to znaczy w rękach kierownictwa Bazy) leżała władza ustawodawcza, wykonawcza oraz sądownicza. Choć nie można powiedzieć, że Baza sprawowała swą władzę łagodnie, w sposób pełen wyrozumiałości, stawiając na właściwe podejście do jednostki, miała ona stuprocentowe, szczere poparcie. W końcu to ona suto zaopatrywała całe KR-T w żywność i inne środki potrzebne do życia, a jej rządy gwarantowały wyspie pewną równowagę wewnętrzną i ogólny dobrobyt. I nikt nie pytał, w jaki sposób Baza znajduje wszystkie dobra, która później rozprowadza, nikt też nie zastanawiał się, jak na naszym świecie mógł powstać władca tak doskonały. No, może tylko dzieci, które w swojej dociekliwości zadawały setki pytań, które były po prostu nie na miejscu. Ale i one dość szybko potrafiły wykształcić w sobie kult Bazy, najczęściej w momencie, gdy dostawały od niej swój pierwszy rowerek.

II

Kapitan Dariusz Dalkowski zawsze był człowiekiem rozważnym. Służył w lotnictwie KR-T, na co dzień zajmował się zestrzeliwaniem kolejnych nieprzyjacielskich samolotów. Jego trzeźwy umysł sprawił, że szybko zdobył stopień oficerski i mógł cieszyć się dużym szacunkiem i zaufaniem ze strony kolegów. Od kilku lat kierował akcjami bojowymi swojej eskadry myśliwców. Na jego koncie znalazły się już takie sukcesy, jak zestrzelenie dwudziestu trzech samolotów wroga, dysponując siedmioma własnymi, czy wygranie ogromnej bitwy lotniczej (po ok. trzydzieści samolotów z każdej ze stron). Trzeba jednak dodać, że oprócz znakomitych umiejętności kapitana Dalkowskiego, dużą rolę odegrały wspaniałe samoloty, dostarczone przez Bazę, które znacznie przewyższały technicznie maszyny wroga.

Od kilku tygodni Dalkowski prowadził szkolenie dla młodych kadetów. To nie było to samo, co latanie w przestworzach, ale musiał to wytrzymać. Jak dotychczas, prowadził zajęcia ściśle trzymając się wytycznych, nadanych przez Bazę. Dzięki temu młodzi ochotnicy bardzo szybko zdobyli wiedzę na temat obsługi samolotu, jego budowy, a nawet nauczyli się podstaw teorii walki. Jednak na jednym z wykładów w gorące lipcowe popołudnie, odłożył teczkę z materiałami, podniósł wzrok na przyszłych lotników i wolno zapytał:
- Dlaczego właściwie chcecie latać?
W sali zapanowało kłopotliwe milczenie. Po chwili jeden z kadetów wstał i wyrecytował:
- Żeby bronić i strzec naszej potężnej Bazy!
Na twarzy Dalkowskiego odmalował się wyraz podziwu.
- Żeby KR-T była zawsze wolna! – krzyknął inny kadet.
- Żeby nikt nie zmącił naszego dobrobytu! – podniosły się inne głosy.
Gdy kadeci wykrzykiwali coraz to inne, bardziej jeszcze wymyślne hasła, podziw na twarzy Dalkowskiego przeszedł wolno i niezauważalnie w grymas zniechęcenia. Rozejrzał się po sali i dostrzegł jedynego kadeta, który nie włączył się w chór chwalący Bazę i KR-T. Kapitan nakazał ciszę, podszedł do tego ucznia i spytał:
- A dlaczego ty chcesz wstąpić do naszych sił lotniczych?
- Bo chcę zobaczyć z bliska chmury… - odparł ów kadet z rozmarzeniem.
Twarz Dalkowskiego zmieniła się nagle. To było jak silny cios w skroń! Nie mogąc wyjść z szoku i z wielkiego podziwu dla młodzieńca, zdołał wydukać jedno jeszcze pytanie:
- Jak… się nazywasz?
- Irek.

Ireneusz Karelski był chłopakiem w wieku dwudziestu jeden lat, który zdawał się nie pasować do świata, w którym żył, do KR-T. Był marzycielem, z trudem skończył szkołę i od dziecka śnił o lataniu. Co gorsza, nie było w nim żadnej miłości do Bazy, sprawy polityki zdawały się go nie obchodzić. Mimo tego, co mówili inni, uważał się za bystrego i rzeczywiście taki był. Mógł zatem podjąć się wyzwania przejścia szkolenia pilota myśliwca, by w końcu osiągnąć upragniony cel – wzbić się w niebo.

III

Wkrótce nadszedł czas pierwszych lotów ćwiczebnych. Nie trzeba chyba mówić, jak wiele znaczyło to dla Irka. Wczesnym, zimnym rankiem pewnego letniego dnia poleciał razem z kolegami (i oczywiście z dowódcą Dalkowskim) w pierwszy podniebny lot. Wszystko wyglądało tak, jak to sobie Irek niejednokrotnie wyobrażał: przelatywali kolejno przez kłęby chmur, manewrowali między małymi obłokami, podziwiali widok na dużą część KR-T. Dalkowski przez radio udzielał wszystkich potrzebnych instrukcji, dzięki temu samoloty tworzyły nienaganny szyk.

W pewnym momencie Irek spojrzał w kierunku krańca wyspy. To, co zobaczył, przeraziło go tak bardzo, że natychmiast zameldował przez radio:
- Panie kapitanie, wrogie samoloty na siódmej!
Nie wiadomo, czy był to błąd Bazy, czy awaria urządzeń radarowych, że grupa dwudziestu pięciu żółtodziobów została zaatakowana przez nieprzyjaciela. Reakcja Dalkowskiego była natychmiastowa:
- Rozbić szyk, wracamy do Bazy. – powiedział z nadzwyczajnym spokojem. Sytuacja jednak nie była tak jasna. Prowadzone poleceniami Dalkowskiego samoloty dolatywały kolejno do bezpiecznej strefy, było jednak pewne, że nie wszyscy zdążą umknąć przed całą eskadrą wroga! Dalkowski nie mógł nawet myśleć o osłanianiu swoich kadetów w pojedynkę. Gdy wróg był już blisko, dziesiątki sprzecznych myśli w kilka sekund targnęły doświadczonym umysłem dowódcy. Wtem usłyszał w radiu głos Irka:
- Panie kapitanie, pomogę Panu! Zachodzimy tych dwóch od lewego skrzydła, otwieramy ogień i natychmiast robimy odwróconą beczkę! – młodzieniec albo czytał nadprogramowe książki z taktyki walki, albo był urodzonym pilotem. Zanim Dalkowski zdążył zaprotestować, nadszedł właściwy moment do podjęcia akcji Irka. Oboje wykonali ten plan perfekcyjnie, piloci wroga, zupełnie zdezorientowani, stracili impet i zgubili szyk.
- Teraz wlatujemy pomiędzy nich! – brzmiał głos Irka – Ja biorę tych trzech na drugiej, pan tamtych dwóch, na jedenastej!
Tym razem w duszy Dalkowskiego nie było już żadnego sprzeciwu. Po tym manewrze nastąpiło jeszcze kilka genialnych, nowatorskich ruchów, obmyślanych przez Irka. Dzięki nim zyskali dość czasu, żeby ewakuować wszystkich kadetów do Bazy. Po serii trzech następnych akrobacji, Irek wraz z dowódcą znaleźli się również za osłoną artylerii przeciwlotniczej Bazy.

Wkrótce wszyscy znaleźli się na płycie lotniska, gdzie mogli spokojnie wysiąść z maszyn. Kadeci, nieświadomi, skąd nadszedł ratunek, wystraszeni na śmierć, udali się szybko do jednostki. Na lotnisku stanęli naprzeciw siebie Irek i Dalkowski. Zaczął ten drugi:
- Synu, nigdy nie widziałem tak zdolnego kadeta. Więcej, nie słyszałem nigdy o tak dobrym pilocie…
- Ja to wszystko czuję, intuicja podpowiada mi, jak latać, panie kapitanie.
- Właśnie. Chcę ci zaproponować natychmiastowe przejście do zasadniczej służby. Będziesz mógł dobrze wykorzystać swoje umiejętności.
- To będzie dla mnie wielki zaszczyt, służyć pod pana rozkazami!
- Nie, na polu walki będziesz mi równym partnerem.

I tak rozpoczęła się kariera Irka Karelskiego, jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego pilota, jakiego kiedykolwiek miała Baza. Odtąd latał razem z Dalkowskim na wszystkie akcje, a ich wyniki w zwalczaniu nieprzyjaciela przeszły najśmielsze oczekiwania! A skąd się wzięły ich pseudonimy radiowe? Cóż, jeśli zapisać ich nazwiska tak: D. Dalkowski oraz I. Karelski, nie będzie wątpliwości, dlaczego brzmiały one: Dedal i Ikar.

IV

Był słoneczny, jesienny dzień, jakby lato nie chciało się jeszcze wycofać znad KR-T. Dla wszystkich mieszkańców wyspy było to kolejne sielankowe popołudnie, kiedy po powrocie z pracy spędzali je w gronie rodziny. Wszyscy jednak wiedzieli, że o taki stan rzeczy trzeba było walczyć. A robili to między innymi dwaj wspaniali piloci, Dedal i Ikar.

Dzień w Bazie również nie był wyjątkowy. Wśród gwaru wojskowych czynności, który ogarnął resztę Bazy, Dedal i Ikar odpoczywali w swoich kwaterach po kolejnej udanej akcji. Nic więc dziwnego, że druga w tym dniu syrena alarmowa solidnie podziałała im na nerwy. Czasem wróg po prostu nie chciał odpuścić. Ubrali się natychmiast i pobiegli na odprawę przed misją. Mieli lecieć we dwójkę przeciwko siedmiu samolotom wroga. Wynik bitwy był z góry przesądzony, oczywiście na korzyść naszych bohaterów. To była rutynowa akcja.

Krótko po tym, jak znaleźli się w powietrzu, dostrzegli nieprzyjaciela. Wywiad jak zawsze nie mylił się, podał właściwy typ samolotu przeciwnika. Dedal i Ikar nie wysilili się na oryginalność, przystąpili do ataku tym samym, obmyślanym niegdyś wspólnie, starym sposobem. Nie wiedzieć dlaczego, wróg zdawał się niczego nie nauczyć z poprzednich porażek…

Dedal zaszedł przeciwnika z jednego, a Ikar z drugiego skrzydła. Zgodnie z przewidywaniami, wróg rozdzielił swoje siły na dwie frakcje. Dedal i Ikar nie strzelali jednak, ale korzystając z ogromnej mocy silników swoich samolotów, wykonali bardzo ciasną pętlę oraz cztery obroty korkociągu. Wśród niejakiego zamieszania w szeregach nieprzyjacielskich pilotów, z których każdy bezskutecznie próbował trafić doskonałych akrobatów, oni wykonali zwrot i znaleźli się dokładnie za grupą wroga. Dalsza część bitwy przypominała raczej rzeź. Ikar niezwykle szybko rozprawił się ze swoimi czteroma przeciwnikami. Dedal strącił dwóch, a po krótkiej pogoni złapał na celowniku również trzeciego. Wtedy Ikar usłyszał w radiu krzyk Dedala:
- Cholera, zapomniałem doładować magazynek!
Taki błąd nigdy mu się jeszcze nie przytrafił. Może być jednak wytłumaczony ogólnym zmęczeniem Dedala po porannej akcji.
- Ikar, pomóż! – krzyczał Dedal, w geście rozpaczy naciskając wielokrotnie spust pustego karabinu. Zanim jednak Ikar zdążył zareagować, wrogi samolot rozpadł się na kawałki, zupełnie, jakby został trafiony z karabinu Dedala!
- Co się stało?! – wrzasnął przez radio Ikar.
Dedal jednak sam był w ciężkim szoku i zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Coś się nie zgadzało…

Na domiar złego, ni stąd, ni zowąd, wyleciały dwie kolejne maszyny wroga. Ikar zdał sobie sprawę z tego, co stało się przed chwilą i nadał do Dedala:
- Zestrzel jednego z nich!
To jeszcze mocniej wyprowadziło Dedala z równowagi. Jakimś cudem zdobył się jednak na krzyk:
- Przecież nie mam amunicji!
- Spróbuj! – rozbrzmiała odpowiedź w radiu.
Dedal podszedł przeciwnika setki razy ćwiczonym manewrem, którego nauczył się, gdy był jeszcze kadetem. Namierzył go na celowniku i nacisnął spust. Na oczach jego i Ikara samolot eksplodował.
- O co chodzi?... – niepewnym głosem zapytał Dedal. Ale Ikar skierował swój samolot na drugą maszynę wroga i rozpędził się maksymalnie.
- Ikar, co robisz?! – krzyknął Dedal. Ikar tymczasem coraz szybciej zbliżał się do celu. W ostatniej chwili Dedal wrzasnął:
- Ikar, nieeee!...
I zobaczył, jak maszyna Ikara przenika przez nieprzyjacielski samolot! Wyglądało to jakby maszyna wroga była tylko jakąś chmurą. Mogło to znaczyć tylko jedno – "maszyny wroga" to tylko hologramy! Niewiele myśląc, Dedal zniszczył widmo ze swojego pustego karabinu i razem z Ikarem udali się do Bazy. Zdali w niej raport z kolejnej udanej akcji.

V

To, co się wydarzyło, nie dawało jednak spokoju Dedalowi i Ikarowi. Pogrążali się ciągle w chmurnych myślach i zgłaszali problemy zdrowotne, gdy przychodziły kolejne akcje. Jednego dnia postanowili porozmawiać o swoim problemie.
- Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. – żalił się Dedal.
- To tak, jakby Baza chciała, żebyśmy walczyli z tymi kukiełkami. – powiedział Ikar.
- Tylko dlaczego… Zaraz – oblicze Dedala zmieniło się nagle – zastanawiałeś się kiedyś, skąd dostajemy wypłaty, premie i paczki na święta?
- No tak, skąd Baza miałaby to wszystko brać?
- Bazie tak zależy na uznaniu mieszkańców, że w jakiś sposób zdobywa dla nas to wszystko!
- I powołała te "siły lotnicze do walki z nieprzyjacielem", żeby wszyscy myśleli, że reszta świata jest nam wroga!
Nastąpiło milczenie. Po chwili obaj piloci spojrzeli na siebie wymownie:
- Żyjemy w jakiejś obłudzie. – powiedział Dedal - To wszystko nie może być prawdziwe. KR-T jest więzieniem!
- Musimy uciekać! – z dramaturgią w głosie powiedział Ikar.

Przygotowania do ucieczki nie zabrały im dużo czasu. Byli przecież wysoko postawionymi oficerami, mieli duże możliwości. Ustalili, że uciekną nazajutrz popołudniu, lecąc ich ulubionymi myśliwcami. Rzucali się w nieznane, nie wiedzieli, co czeka na nich poza wyspą. Jednak nie zmienili zdania.

Następnego dnia, zaraz po obiedzie, udali się do kierownictwa Bazy, z prośbą o udzielenie zgody na lot patrolowy. Zameldowali, że czują się już lepiej i chcą na początek odbyć nietrudny patrol. Kierownictwo zgodziło się z radością, wyrażając swoje zadowolenie, że odzyskują dwóch tak wspaniałych pilotów. Dedal i Ikar zasalutowali i udali się na pas startowy. Zanim wsiedli do samolotów, Dedal spojrzał Ikarowi w oczy i powiedział:
- Oby cały świat nie był tak podły. Nie mogę uwierzyć, że przez cały czas byliśmy oszukiwani.
- Lecimy w nowe, lepsze miejsce. – zapewnił go Ikar i po kilku minutach oderwali się od ziemi.

Ich ucieczka przebiegała w iście malowniczej scenerii. Nad sobą mieli bezchmurne niebo, a gdy spojrzeli w dół – widzieli krajobrazy KR-T skąpane w blaskach słońca. Po kilkunastu minutach wylecieli poza wyspę i znaleźli się na otwartym morzu. Byli podekscytowani, mogli wreszcie wylecieć z KR-T i skierować się w nieznane.

Po upływie kilu godzin ujrzeli na horyzoncie wyspę.
- Już niedaleko! Nasz nowy dom! – krzyczał Dedal.
- Nie mogę się doczekać, lećmy szybciej! – odpowiedział Ikar.
W miarę jak zbliżali się do wyspy, mogli coraz lepiej dojrzeć jej kształt, bujną roślinność i zabudowania. Wtem, na samym jej skraju, ujrzeli znajomą Bazę!
- Wróciliśmy na KR-T! – zawołał zrozpaczony Dedal.
- Mój kompas nie działa! – zorientował się Ikar.
- Oni nami kierowali, umyślnie przestawili nasze kompasy, żebyśmy trafili tu z powrotem!
Porażka Dedala i Ikara była druzgocąca. Dedal był bliski załamania. Ale Ikar zdawał się być ożywiony.
- Nie dam za wygraną! – krzyknął przez radio i zaczął szybko nabierać wysokości. Dedal spojrzał w jego kierunku i przeraził się. Z jego ust wyrwał się jęk:
- Ikar…

****

Dalkowski powitał swoich uczniów na wykładzie z budowy samolotów.
- Dziś omówimy możliwości samolotów, którymi dysponujemy.
Kadeci zaczęli pilnie notować.
- Maksymalna prędkość naszych samolotów to 2,7 macha, masa startowa – 15350 kilogramów. Aby obniżyć wagę, zastosowano bardzo lekkie materiały. Mają one jednak pewną wadę – na dużych wysokościach tracą swoją wytrzymałość i pękają… Karelski, dlaczego nie uważasz?!

****

- Ikar, zabijesz się! – krzyknął Dedal.
- Wiem, ale nie dbam o to! Chcę zobaczyć to wszystko z góry! – odparł Ikar i wyleciał poza zasięg radia Dedala. Dedal mógł tylko patrzeć, jak samolot Ikara staje się powoli zanikającym punktem.

Tymczasem Ikar wzbił się już bardzo wysoko. Było stamtąd widać całe KR-T, z Bazą, z miastami i z połaciami zieleni. Ikar spojrzał w dół i przed jego oczami ukazała się cała tajemnica Bazy! Wiedział już skąd Baza bierze wszystko, co ma, wiedział, dlaczego zależy jej na utrzymaniu obywateli KR-T w słodkiej niewiedzy. Ikar wzniósł się ponad to wszystko! W jego duszy zdumienie mieszało się z uczuciem triumfu.
- Więc to tak… - powiedział i natychmiast poszycie jego samolotu zaczęło pękać. Po kilku sekundach iskry przedostały się do zbiornika paliwa i wybuch rozerwał maszynę Ikara, wraz z jej pilotem, na strzępy. Ani Dedal, ani nikt inny nie mógł widzieć, że Ikar umarł z uśmiechem na ustach.

EPILOG

Kiedy Dedal wylądował, długo nie mógł pogodzić się z tym, co się stało. Natychmiast poprosił Bazę o dalszy urlop, tłumacząc, że jednak nie może jeszcze latać. Gdy składał raport z feralnego zdarzenia, zeznał, że podczas lotu patrolowego z porucznikiem Karelskim, zabłądzili w okolicach brzegu morza. Jednocześnie wyraził wdzięczność Bazie za przestawienie urządzeń nawigacyjnych w ich samolotach i sprowadzenie do domu. Niestety w drodze powrotnej, jak mówił Dedal, samolot Karelskiego uległ awarii i spadł do morza.

Ikarowi wyprawiono pogrzeb, oddając mu honor, jako zasłużonemu obrońcy Bazy. W następnych dniach Dedal popadł w apatię. W końcu jednak zrozumiał, że musi wrócić do życia. Podjął więc swoją służbę w lotnictwie bojowym, starając się nie myśleć o tym, że strzela do hologramów.

Wychował rzesze nowych obrońców Bazy, sam uczestniczył jeszcze w wielu akcjach. Zdobył w końcu stopień generała, a Baza, w uznaniu jego zasług, zapewniała mu dostatnie życie. Nie musiał martwić się o swój los, był otoczony powszechnym szacunkiem, miał wielu oddanych przyjaciół. Nigdy jednak nie mógł nawet marzyć o szczęściu, jakie spotkało Ikara.

KONIEC